[Wywiad] Jarosław Boberek, król wymyślonych światów, geniusz dubbingu

Wywiady Kultura

Z przyjemnością zapraszam do przeczytania wywiadu z jednym z czołowych aktorów głosowych w Polsce – Jarosławem Boberkiem. W oczach fanów zasłynął genialną rolą króla Juliana w serii filmów animowanych Madagaskar, w moich na zawsze będzie Czerwonym z Krowy i Kurczaka. W wywiadzie zapytałem o początki kariery, lubiane i nielubiane role, techniczne aspekty jego pracy oraz opinię o fanach.

Boberski: Pierwsze pytanie będzie trochę sztampowe – ma Pan na swoim koncie ponad 600 ról dubbingowych i 40 ról filmowych. Wyraźnie widać drogę, jaką Pan obrał. Jak trafił Pan do dubbingu?

Jarosław Boberek: Chyba jak wszyscy, jak większość aktorów bez specjalnych fajerwerków – po prostu zadzwonił kiedyś telefon i padła propozycja przyjścia na nagranie, potem były castingi, no i to wszystko tak się zaczęło dziać. Oczywiście początki były straszne, jak z pierwszą jazdą na rowerze, po prostu człowiek był cały poobijany. Zrządzeniem losu dubbing mnie polubił, no i tak już żyjemy ze sobą.

B: Czy pamięta Pan swoją pierwszą rolę głosową?

JB: Mhm, wielu ról nie pamiętam a tą tak.

B: Co to było?

JB: To było kilka postaci, policjanta, listonosza, kogoś jeszcze w serialu francuskim Kadiszon – o osiołku. Tak rozpoczęły się moje pierwsze zmagania.

B: O tym nie wiedziałem, internet jest jednak dziurawy.

JB: No pewnie że jest, według internetu pracuję już od trzydziestego któregoś roku. (śmiech)

B: Dokładnie od 1937, kiedy powstała animacja pt. „Kaczor Donald naprawia zegar”.

JB: Wtedy właśnie po raz pierwszy stanąłem przed mikrofonem. Jakby nie patrzeć, doświadczenia trochę człowiek ma…

B: Przy tylu rolach, które Pan nagrał, czy w ogóle pamięta Pan poszczególne głosy? Gdyby teraz np. wróciła rola Slaya Coopera, czy nadal pamiętałby Pan konkretny głos, wiedział, jak go odtworzyć i zaintonować?

JB: Teraz akurat Pan nie trafił, nie pamiętam jak mówił Cooper. W takich sytuacjach pomocne są przepastne archiwa w studiach. Czasem bywa, że musimy się wspomagać też internetem, bo studio nie posiada śladu nagrań, a w internecie, jak wcześniej wspomnieliśmy, jest wszystko. Wiele jest takich ról i postaci, które odtworzyłbym natychmiast i łatwo do nich wrócił. O tym decydują różne rzeczy – przede wszystkim wysiłek, jaki się w to wkłada, no i czas spędzony z danym nagraniem. Kiedy przygotowuję audiobooki, a bardzo dużo czytam audiobooków dla dzieci, to tam staram się postaciować i każdej postaci występującej w książce przypisuję jakiś głos, jakąś charakterystyczność, sposób mówienia, barwę, temperament.

B: To najlepsze audiobooki, jakie są.

JB: (śmiech) Nie mnie to oceniać – staram się po prostu te pracę wykonać przy całym posiadanym potencjale i możliwościach. Po prostu należy się to odbiorcy, widzom, zwłaszcza tym najmłodszym. Sam z wypiekami siedziałem i słuchałem płyt ze słuchowiskami, wiedziałem, jakie to jest dla mnie ważne. Jak coś tam nie fungowało, jak coś nie działało, to natychmiast to wyłapywałem. Staram się więc jak najlepiej złożyć do tej pracy. Często przy wielości występujących postaci, kolejnej czytanej książce bywa tak, że ten głos gdzieś umyka. No, ale od czego jest technika?

B: Kiedy rozmawiałem z aktorami głosowymi w luźnych konwersacjach to zawsze stwierdzali, że w pewnym momencie człowiek gubi swój własny głos i zaczyna mówić głosami postaci, które naśladuje.

JB: Ale gdzie, na życie tak?

B: Tak…

JB: (śmiech) no to współczuję.

B: Jak rozumiem nie ma Pan tego problemu, że stracił Pan swój własny głos?

JB: Musiałbym zasięgnąć porady specjalisty w kitlu, gdybym nagle stracił swój własny głos, tożsamość. Oczywiście bywa często tak, że człowiek oddając się jakiejś roli, może się przydarzyć to w pracy w teatrze czy w filmie, jeżeli jest odpowiednio długi proces wchodzenia w postać, że aktor dość długo z tej postaci wychodzi. Odnotowano przypadki, że parokrotnie się nie udało wyjść i już tak zostało. Wtedy jest niedobrze, bo jestem zwolennikiem rzemiosła. Oczywiście za każdym razem wychodząc na scenę, przed kamerę czy przed mikrofon jakąś część siebie zostawiamy. Trzeba jednak zachować właściwe proporcje, żeby się to potem źle nie skończyło. W dubbingu, czy w ogóle w pracy przed mikrofonem nie ma czasu na rozbieg, na próby. Trzeba się wykazać refleksem i umiejętnością szybkiego konfrontowania się z postacią, z materiałem. Wiadomo w teatrze, tu Ameryki nie odkryję, jest inaczej, w filmie też jest czas i przestrzeń na to żeby spróbować, wykonuje się ileś dubli. Wcześniej są też próby aktorskie z reżyserem, a w teatrze próbuje się przez wiele miesięcy, więc to jest długotrwały proces. No a tutaj nie, tu jedziemy od razu i nie każdy to lubi, nie każdy czuje się w takich warunkach komfortowo.

B: Jest Pan głosem Kaczora Donalda, jedyną osobą, która może go po polsku wykonywać. Wiem, że nie jest łatwo dostać taką rolę, jak to się w ogóle stało?

JB: Casting się robi i dostaje się rolę. (śmiech)

B: Czyli po prostu był Pan najlepszą kaczką na castingu?

JB: Tak naprawdę miałem indywidualny casting, bo wcześniejsza kaczka przysparzała problemów przy realizacji. Efekt końcowy też nie był oszałamiający. Nie twierdzę, że mój jest, ale podjęto decyzję, że ja będę to robił.

B: Wiele osób nie poznaje Pana jako Kaczora Donalda…

JB: No, na szczęście.

B: …ale jest scena w Kaczych Opowieściach, gdzie Donald mówi innym głosem i wtedy słychać tam Pana. To zawsze było duże zaskoczenie, mimo że wiedziałem kto to mówi. Postać Kaczora mówiąca innym głosem, niż tym kaczkowatym skrzekliwym, to zawsze było wielkie zdziwienie.

JB: To było wtedy, gdy dostał doniczką w głowę?

B: Kiedy połknął urządzenie poprawiające mowę, stworzone przez Diodaka.

JB: Było kilka prób unormalnienia głosu Kaczorowi. Był osobny film pełnometrażowy, w którym Kaczor dostaje warunek: jeżeli czegoś nie zrobi ze swoim głosem, to podziękują mu za pracę w Hollywood. Kaczor dopuścił się mistyfikacji, puszczał z urządzenia piękny, ludzki głos. Och, przepraszam (śmiech) może się niepotrzebnie wychyliłem z tym pięknym głosem, bo również ja nim mówiłem. Wtedy wszyscy słuchacze Donalda byli zachwyceni. Wreszcie go rozumieli. Problem niezrozumiałości Kaczora Donalda przestał istnieć. Oczywiście cała mistyfikacja została odkryta, a Kaczor napiętnowany. Z kolei w innym wypadku dostał w głowę doniczką, spadła z wyższego piętra i wtedy Kaczor zaczął śpiewać głosem Franka Sinatry.

B: Jest Pan też Królem Julianem. Dla mnie Jarosław Boberek to głównie Natan Drake, Stich, Tom, Sly Cooper, inne ogromne uniwersa: X-men, Batman, Spider-man i w niektórych środowiskach jest Pan prawdziwą legendą. Czy daje się to w jakiś sposób odczuć?

JB: Tak, skłamałbym, gdybym powiedział, że nie. Chodząc po świecie, spotykam ludzi, którzy w różny sposób wyrażają swoje emocje związane ze spotkaniami ze mną. Czy to w kinie, czy to w teatrze, czy to odsłuchując lub oglądając coś. Nie ukrywam, że są to miłe spotkania wyrażające serdeczny, radosny stosunek, bardzo emocjonalny. Również wzruszenia są naszym wspólnym udziałem. Super, bomby w celu, o to chodzi, po to wykonujemy tę swoją robotę. Aktor „bez braw” nie istnieje. Wtedy praca, którą wykonujemy ma sens.

B: Czy jest jakaś rola której Pan szczerze nienawidzi? Może nie na tyle, że nie podjąłby się Pan dubbingowania, ale nie lubi jej Pan.

JB: Nienawidzi to może za dużo powiedziane, bo nienawiść jest niskim uczuciem, ale nie lubię, bardzo nie lubię, tak to jest Popeye.

B: Dlaczego?

JB: Bo nie widziałem celowości naszej pracy. Cała seria poświęcona Popeyowi jest reliktem przeszłości. To jest zabytek, eksponat muzealny. Trzeba było tę animację jedynie wyposażyć w głos lektora i byłoby to skuteczne, a my rozpoczęliśmy rzeźbę, takie to było czcze i bezcelowe, daremny trud. Kiedy Popeye mówił, zdarzało się bardzo często, że był dźwięk a nie było narysowanych kłapów i odwrotnie, były kłapy, a nie były niczym pokryte. Próbowaliśmy coś z tym zrobić, a przecież młodego widza nie obchodzi, czemu to jest takie niedoskonałe, ktoś wykonał swoją robotę i czemu tak źle, to po pierwsze. Po drugie to merytorycznie było żadne, brał pałę lub piąchę i rąbał wszystko po łbie.

B: Taka była specyfika Popeye’a.

JB: Owszem i to były takie filmy rozbiegówki, ozdobniki, które puszczano w kinach przed wojną, przed zasadniczym seansem. Ten Popeye mnie po prostu umordował, sto ileś odcinków miazgi.

B: Zapytam z drugiej strony: czy jest jakaś rola, którą wyjątkowo Pan lubi?

JB: Spodziewałem się takiego pytania! Skoro był jeden biegun, to musiał być też drugi. Są takie. Lubie Czerwonego z „Krowy i Kurczaka” oraz „Jam Łasicy”, lubię Juliana, lubię Eda z „Ed, Edd i Eddy”, Wujka Stanka.

B: Wspomniał Pan o Czerwonym, który jest absolutnie moim mistrzem i ukochaną postacią. Mówi w tak absurdalnej manierze, że zawsze się zastanawiam, czy mimo Pańskiego profesjonalizmu było dużo dubli. Teksty czasami są mocno absurdalne, a ja słuchając ich nie mogę wytrzymać ze śmiechu.

JB: Czy było dużo dubli? Choć wiadomo, że w tej pracy chodzi też o pewną sprawność, bo szanujemy czas, szanujemy siebie, duble były. Jeżeli chodzi o tzw. gotting, to najwięcej dubli z powodu tego, że aktor się ugotował, to miałem przy Madagaskarze. Szczególnie przy sławnej scenie, kiedy Julian opowiada żyrafie zakopanej w dole, jak postępować z kobietami.

B: Scenę oczywiście pamiętam.

JB: Tutaj Bartosz Wierzbięta, który to napisał, osiągnął wyżyny swojego mistrzostwa. Świetna scena, świetnie wymyślona, świetnie zanimowana, świetnie zagrana. Naprawdę super.

B: Czy grywa Pan w gry komputerowe?

JB: Nie, nie mam czasu. Czasem pogram w jakąś grę mobilną – składam coś, to powstaje i dostaję za to punkty, ale nie jest to żadna pasja. Kiedyś, gdy miałem trochę więcej czasu, to zdarzyło mi się paru Niemców zabić na PCie w Call of Duty, czy tam Medal of Honor. To lubiłem.

B: Jakie są najbardziej znaczące różnice w dubbingowaniu kreskówek i w dubbingowaniu gier?

JB: Dubbing growy różni się od tego normalnego. W growym kwestie mamy w ogóle wyrwane z kontekstu. Gramy poszczególne pliki, wave i dopiero później ląduje to w odpowiednim miejscu gry. Zwyczajnie gramy komplet kwestii, które wypowiedziała postać. Jeżeli w grze są filmiki, to oczywiście niczym to nie odbiega od takiej typowej pracy, po prostu trzeba się ułożyć z kwestiami postaci. W zależności od rozmiaru postaci trzeba wypowiedzieć wszystkie kwestie i nie mamy tu żadnego kontekstu. Często korzystamy z uwag i opisów na marginesie lub fachowych podpowiedzi eksperta, młodego człowieka, który zna tę grę od podszewki, przeszedł ją w oryginale wzdłuż i wszerz. Wtedy mówi: „a ten tutaj, w tym miejscu, on spotyka taką czarownicę, która oferuje mu swoje wdzięki w zamian za coś. Aha! To on dlatego tak mówi, okej. Jest taki troszeczkę zbity z tropu, bo ona jest jeszcze do tego atrakcyjna. No, no, no, coś takiego, chciałby, a boi się.” Wtedy wszyscy już wiemy, o co chodzi i dlaczego postać powiedziała coś tak, a nie inaczej. Tutaj też mamy ogromną pracę reżysera, który musi kontrolować i pracować z aktorem tak, żeby potem nie było baboli, np. mówienia w dwóch różnych temperaturach. Kiedy się bohater spotyka z drugim i nagle ktoś pyta o coś podniesionym głosem, bo takie są emocje i taka jest scena, a ktoś mu odpowiada zupełnie lightowo. Często się niestety zdarzają takie wpadki.

B: Nawet czasami grając mogę wyłapać, że dwie postacie mówią coś w zupełnie różnych momentach.

JB: Tak, bo to tak się odbywa. Każdy nagrywa się sam, nikt się z nikim nie spotyka.

B: Zauważyłem, że mówi Pan o sobie „reżyser głosowy”. Chciałem dopytać, jaka jest rola takiego reżysera? Dobór głosów? Koordynacja? Dbanie o te wszystkie niuanse, o których rozmawialiśmy wcześniej?

JB: To jest wszystko – reżyser wybiera obsadę, podejmuje decyzje kto pojawi się na castingu, o ile taki jest w planach. Ktoś inny podejmuje ostateczną decyzję, kto zagra postać, następnie reżyser znowu spotyka się z wybranym i pracują na swoim materiale. Reżyser powinien znać film wzdłuż i wszerz, historie poszczególnych bohaterów, opowiadać o tym aktorom, prowadzić ich przez te wszystkie sytuacje. Czuwać też nad przebiegiem interpretacji, żeby „postacie ze sobą gadały”, wszystko było prawdziwe. Aby uzyskać określony efekt, żeby było wzruszająco, strasznie lub śmiesznie. Wiadomo, że każdą kwestię można powiedzieć na wiele różnych sposobów, to reżyser dokonuje wyborów i on swoim gustem i wizją odpowiada za to wszystko.

B: Jeżeli weźmiemy pod uwagę rynek dubbingowy np. w Stanach Zjednoczonych, to osoby które go wykonują, są sławne tak samo, jak ich postacie. Organizatorzy zapraszają ich na konwenty, panele, odczyty, tam aktorzy bawią się swoimi głosami. Jak to jest w Polsce, czy jest Pan zapraszany na konwenty? Czy na panelach pojawia się Pan jako np. odtwórca roli Króla Juliana czy dowolnej innej postaci?

JB: Zdarza się, jestem zapraszany przede wszystkim przez instytucje, począwszy od przedszkoli, poprzez szkoły, nawet na wyższych uczelniach skończywszy. Przez kluby, przez grupy ludzi, przez domy kultury na tzw. spotkania z małpą i tam opowiadamy sobie różne rzeczy. Są też spotkania w ramach promocji określonego dzieła, tutaj często podpisujemy umowę, że zobowiązuję się do danej liczby spotkań, wywiadów, making-offów i wtedy też się spotykam z ludźmi, którzy drążą temat i chcą wiedzieć więcej. Zdarza mi się bywać gościem też na dużych imprezach, gdzie zjeżdża cała masa poprzebieranych i wymalowanych świrów, odtwarzających swoje ulubione postaci ze świata fantasy, czy innych fikcyjnych bohaterów. To jest śmieszne, zabawne, jest takie zagęszczenie świrów na metr kwadratowy, że aż miło.

B: Rozumiem, że odnajduje się Pan w takich sytuacjach?

JB: Tak, bo ja lubię ludzi z pasją. Przy tego typu okazjach okazuje się, że mogą mieć je bardzo różne i nie musi być to tylko zbieractwo czy inne kolekcjonerstwo. Każdego roku pasjonaci pieczołowicie przygotowują się do kolejnego konwentu, np. do następnej edycji Pyrkonu. Dowiaduję się, że ktoś w tamtej edycji był Gollumem, a teraz jest innym bohaterem. To jest takie ciekawe, gdy zdaję sobie sprawę, ile ludzie włożyli w to wysiłku i pracy.

B: Czy ma Pan jakieś marzenie zawodowe związane z dubbingiem np. własne studio lub firma produkcyjna, coś w tym rodzaju?

JB: Nie, nic własnego. Są ludzie którzy się temu poświęcają i świetnie to robią, co ja się będę pchał! Lubię swoją pracę aktorską. Zdarzyło mi się brać udział w projekcie po stronie produkcyjnej, ale żeby chcieć otworzyć własne studio, to raczej nie.

B: Czyli, jak to mówił zawsze Cezary Pazura, „aktor pozostanie wyrobnikiem i tak już zostanie”, taka jest wasza funkcja.

JB: Tak, nie ma co się silić na więcej. No chyba, że ktoś odkryje w sobie jakieś inne talenty. Każdy ma prawo do swojej małej gitarki.

B: Moje ostatnie pytanie jest bardzo otwarte. Czy będzie coś w najbliższym czasie, gra, serial, kreskówka, film, w którym będzie można Pana w nim usłyszeć?

JB: (śmiech) Pewnie że będzie. Niedługo będzie bajka, której współproducentem jest Playmobil. To taka konkurencja dla LEGO i świat stworzony z myślą o młodszych dzieciach. I tam się pojawimy. Z tajemniczych powodów, czarów marów, bohaterowie z realnego świata zostaną przeniesieni do świata klocków.

B: To moje wszystkie pytania, to była pełna przekrojówka. Dziękuję bardzo za rozmowę.

JB: Dziękuję!

Boberski
Typowy geek. Programista, gracz, miłośnik mangi i anime. Szczególnie umiłował sobie gry przygodowe oraz MMO, jednak nawet wrodzony brak refleksu nie zniechęca go do grania w inne gatunki.