[Recenzja] Kingdom Hearts HD 1.5 + 2.5 Remix, im dalej w las… – część II

PS4 Recenzje

Dwa tygodnie od ukończenia poprzedniego Remiksu Kingdom Hearts (wszystkich, którzy nie ogarnęli się w sytuacji zapraszamy do pierwszej części recenzji) możemy poszczycić się już znajomością kolejnych tytułów z serii. Z radością musimy stwierdzić, że wraz z 2.5 wszystko nabiera tempa, dostrzeżemy rozwiązania bardziej przypominające obecne gry wideo – to ten moment, w którym pożegnamy kanciaste tekstury, gorzej zaprojektowane światy, dziwne rozwiązania gameplayowe, historia się rozpędza – Kingdom Hearts staje się powoli tym, czym być powinno a eksploracja zaczyna przynosić dużo przyjemności.

Kingdom Hearts II Final Mix

Trik: Po milionie godzin spędzonych na przerzucaniu kart w Re:COM z przyjemnością usiadłam do kolejnej z głównych części serii. Mimo tego, że dwójka dotyczy znanych nam bohaterów, czyli Sory, Donalda i Goofiego, możliwość zwiedzania świata gry Roxasem jest sporym plusem – remiksowi gracze znają go tylko z Daysów i wielu okazji do gry innym protagonistą nie będzie. Po poprzednich odsłonach Twilight Town robi też ogromne wrażenie – wszystko wydaje się naprawdę wielkie i po doświadczeniu klaustrofobicznych przestrzeni z poprzednich tytułów tym razem można się pogubić.

Boberski: To prawda, lokacje są potężne, a co najważniejsze, zdecydowanie lepiej zaplanowane i wykonane niż w części pierwszej. Będzie to najbardziej dostrzegalne w momencie odwiedzenia znanych już Agrabahu czy Halloween Town. Tutaj dochodzimy też do pewnej wady produkcji – po raz kolejny (dla nas trzeci albo czwarty), akcja odgrywać się będzie w tych samych miejscówkach. Dodatkowo w ramach jednej rozgrywki będziemy do nich wracać po kilka razy. Jest to męczące i przynajmniej u mnie z czasem sprawiło, że totalnie traciłem zainteresowanie grą. Nie zrozumcie źle, jest sporo nowego contentu jak np. Port Royal czy genialny Timeless River, jednak to ciągle za mało i człowiek zaczyna się irytować, trafiając po raz enty do Koloseum i Stumilowego Lasu.

Trik: Najwyraźniej powroty do lokacji najbardziej irytują tych, którzy przez większość czasu gapią się w monitor komputera, zamiast w TV z grą :) W Final Mix II na szczęście szybko zrobiono porządek z najbardziej uciążliwymi fragmentami – Atlantyda została minigierką, latanie Gummi Shipem nie powoduje już skrajnego bólu tyłka (zaryzykuję stwierdzenie, że da się je w końcu polubić), a Stumilowy Las… niestety nadal jest Stumilowym Lasem, czyli karą od Nomury dla fanów jego uniwersum. Najprościej rzecz ujmując, dwójka bierze z jedynki to co najlepsze i wsadza w oprawę z generacji wyżej. Fabularnie wciąż stoi wysoko, jednak nie da się nie odnieść wrażenia, że sztucznie przedłużano nam rozgrywkę. No i oczywiście najlepszy Opening Cinematic w historii serii.

Boberski: Również nie lubię tych wszystkich ciołków, co patrzą w komputery zamiast na TV. A nie, to o mnie pisałaś… Przyznaję, że rozgrywka była odrobinę za długa i przerwy pomiędzy kolejnymi porcjami fabuły trochę przeszkadzały we wkręceniu się na poważnie. Przynajmniej u mnie. Nie zmienia to faktu, że wreszcie akcja nabiera rozpędu. Na dobre pojawia się Organizacja XIII. Coraz lepiej poznajemy ich motywy, plany i gierki. Wszystko spina się w naprawdę fajną całość. Gdyby tylko rozgrywka nie spowalniała postępującej historii, byłoby idealnie. Uwaga: pełne zrozumienie wszystkich wątków wymaga wiedzy z każdej poprzedniej gry, ominięcie chociaż jednej pozostawi potężną lukę fabularną.

Ocena Trika: Ocena Boberskiego:

Kingdom Hearts Birth by Sleep Final Mix

Trik: Och, wreszcie mój ulubiony tytuł. Zdaję sobię sprawę, że wybór padł na prequel serii (w dodatku praktycznie bez jej głównych bohaterów) i może wydawać się to dość dziwne, ale…BBS wygląda jak prezent dla wszystkich, którzy grali w Kingdom Hearts przez lata i dotarli do tego momentu. Niestety pierwowzór wydano na PSP (co z moją drugą gałką analogową?!) i gra znalazła się na dużym ekranie dopiero za sprawą remiksu, ale lepiej późno, niż wcale. Znanych nam dobrze protagonistów wszystkich poprzednich części wymienimy na Ventusa, Terrę i Aquę oraz poznamy jedną historię z perspektywy każdego z nich.

Boberski: Bo to od nich wszystko się zaczęło! I całe szczęście, bo są to bohaterowie dużo lepiej skonstruowani niż Sora czy Riku. Mają swoje motywacje, cele i metody działania. Grając kolejną postacią nie ma się wrażenia, że to ciągle ten sam protagonista jedynie z innym modelem. Żebym nie był zbyt pozytywny dodam, że grę realnie przejdziemy trzy razy. To lekki ból tyłka, ponieważ losy naszych Muszkieterów nie różnią się od siebie tak bardzo. Za każdym razem zobaczymy bardzo podobne przerywniki filmowe i odwiedzimy te same lokacje. Na plus zaliczę, że wszystko to robi się bardzo szybko i pojedyncza linia fabularna pęka w kilka godzin. Kilkanaście, jeżeli gra Trik i przy ostatnim bossie odkrywa istnienie menu ataków specjalnych.

Trik: To były shotlocki. Shot-lo-cki. A nie ataki specjalne! Tak czy siak, w BBS wszystko jest wykonane na co najmniej przyzwoitym poziomie. Dostaliśmy nowe światy (nie kocham za bardzo Śnieżki czy Kopciuszka, ale są nowe i krótkie!), interesującą fabułę (nie nudzi mimo przechodzenia jej trzy razy, a powtarzające się sceny w ścieżkach można pominąć), ciekawy jak do tej pory system rozgrywki (przypomina nieco ten z Re:COM, jednak wszystko wykonane jest lepiej). W moich oczach czyni to BBS najlepszą, jak do tej pory, odsłoną serii. Brak Gummi Shipa. 100 Acre World z Puchatkiem można pominąć (zrobiłam to bez żalu, przepraszam) i poskakać Merlinowi po łóżku za to, że śmiał przytargać tę diabelską książkę do każdej następnej gry.

Boberski: Trzy postacie, trzy zakończenia, trzy wypasione walki. Zdecydowanie warto się trochę pomęczyć, bo wszystko rozjaśnia sporo spraw i pozwala jeszcze bardziej docenić kunszt wykonania scenariusza. Po ukończeniu wszystkich ścieżek dostajemy Final Episode, to dodatkowa potyczka poprzedzona filmikiem i jest idealnym zamknięciem całości. Chociaż poprawniej byłoby nazwać ją otwarciem.

Ocena Trika: Ocena Boberskiego:

Kingdom Hearts Re:Coded

Trik: Zanim usiedliśmy do 2.8 Final Chapter Prologue, tradycyjnie już czekał nas kolejny film, a raczej gra z której wycięto wszystkie przerywniki filmowe i zaprezentowano w trochę strawniejszej formie. Jak wspominałam w pierwszej części tej recenzji, miałam trochę żalu w stosunku do Daysów, bo zdawały się być grą całkiem dobrą i pozbawiono nas przyjemności jej ogrywania. Przy Re:Coded jest inaczej, zgoła inaczej. Generalnie nie dziwi mnie już nazywanie tego tytułu czarną owcą serii – fabularnie jest źle. A przynajmniej najgorzej, jak do tej pory.

Boberski: Dno i kilometr mułu, produkcja głupia, na siłę i totalnie niepotrzebna. Trzy godziny oglądania fabularnej porażki. Pomijam już recycling wszystkich lokacji z poprzednich odsłon, nawet słowem nie wspomnę o kompletnym braku logiki w przedstawionych wydarzeniach, pominę, że film ma dwa zakończenia, jedno w połowie a drugie na faktycznym końcu. Jednak umieszczenie w tym wszystkim doskonałego wątku Namine to już czyn niewybaczalny. Drodzy twórcy, zmarnowaliście potencjał jednej z najfajniejszych postaci pobocznych. Na stos z wami.

Trik: Jedynym plusem umieszczenia Re:Coded w tej kompilacji jest fakt, że nie trzeba męczyć się z gameplayem, aby poznać tę słabą fabułę. A poznać trzeba, bo choć jest cienka, to niestety kanoniczna i prowadzi nas prosto do Dream Drop Distance.

Ocena Trika: Ocena Boberskiego:

Plusy:
  • wreszcie Kingdom Hearts na jednej platformie
  • solidny remaster
  • nie musimy grać w ReCoded :)
Minusy:
  • nie możemy grać w Daysy
  • rozwiązania już nieakceptowalne w tych czasach
  • sztuczne przedłużanie rozgrywki
Ocena ogólna
4
Kingdom Hearts HD 1.5 + 2.5 Remix, ,

Platformy: PS4
Rok wydania: 2017
Producent: Square-Enix / Eidos
Trik i Boberski
Grają i piszą, kiedy tylko mają czas (choć Boberski nieproszony rzadko to robi i woli anime). W zasadzie oboje programują, chodzą na koncerty, bywają na konwentach. Autorzy strony.